Morricone i jego legendarna ścieżka dźwiękowa z The Thing


The Thing to inteligentny i szalenie odważny wizualnie horror s-f, który znacznie wyprzedzał swoje czasy. Historia wyreżyserowana przez Johna Carpentera opowiada o zespole naukowców odizolowanych od reszty świata na mroźnej, arktycznej stacji badawczej, dziesiątkowanej przez obcą formę życia potrafiącą przybrać każdą postać. Bohaterowie szybko rozumieją, że każdy z nich może być zarażony i nikomu nie można ufać. Uczucie osaczenia, izolacji i zwątpienia stanowią u Carpentera fundament tej niezwykle mrocznej i deprymującej opowieści, składającej się na drugą część trylogii końca świata. Punktem wyjścia dla filmu Carpentera był czarnobiały obraz wyprodukowany przez legendarne studio RKO i mistrza złotego okresu Hollywood, Howarda Hawksa w The Thing from another world w reż. Christiana Nyby z 1951 roku. Pierwowzór literacki Campbella posłużył pierwszej adaptacji filmowej Nyby’ego do zawarcia podtekstów dotyczącej zimnej wojny i nieufności do obcych z zewnątrz. Carpenter zdecydował się pójść dalej i uderzyć w znacznie mroczniejsze i współczesne mu tony nie idąc przy tym na żaden kompromis. W latach 80’tych Stany Zjednoczone borykały się z wysoką falą zakażeń AIDS co według niektórych krytyków, stanowiło podtekst w filmie Johna Carpentera. Gdy mowa o tym wyjątkowym dziele filmowym, które otwiera drzwi do wielu interpretacji, nie sposób przejść obojętnie obok muzyki. To właśnie Ennio Morricone sprawił, że muzyka spod jego batuty stworzyła idealną syntezę z obrazem.
Decyzja o angażowaniu kompozytora do swojego filmu to rzadko spotykana sytuacja u Carpentera. Reżyser już na początku swojej karier zasłynął tym, że sam tworzył oryginalną muzykę do własnych filmów m.in. Atak na Posterunek 13, Halloween, Christine, Mgła czy Ucieczka z Nowego Jorku, to filmy, w których muzyka odgrywała bardzo ważną rolę. Jak sam zawsze powtarzał, był szybki i tani dlatego sam zajmował się komponowaniem utworów, co dawało mu niezwykłą wolność twórczą i do dziś stanowi o jego charakterystycznym stylu opowiadania obrazem i muzyką. Jednak to nie on a studio Universal, które wyprodukowało The Thing, miało całkiem inny pomysł na ścieżkę dźwiękową. Asystent producenta Stuart Cohen zasugerował reżyserowi, że powinni zatrudnić do tej roboty legendę muzyki filmowej maestro Morricone, którego zresztą Carpenter uwielbiał. Tak też się stało. Reżyser wsiadł w samolot i poleciał bez żadnego materiału prosto do Włoch z tłumaczem( Morricone nie znał angielskiego). Po wysłuchaniu fabuły kompozytor zagrał kilka próbnych utworów, które nie przypadły do gustu Carpenterowi. Kawałki były zbyt ozdobne i złożone, co też John skomentował, dodając by użył mniej nut. Morricone tak też uczynił co zaowocowało znanym do dziś motywem przewodnim z czołówki filmu. Gdy większość materiału była już nakręcona, Włoch przyleciał do Stanów obejrzeć gotowe zdjęcia co pomogło mu w dalszej pracy.
To jaki kierunek obrał Włoch w swoich partyturach, świadczy o dojrzałości i ogromnej intuicji w komponowaniu muzyki pod obraz. Ścieżka dźwiękowa stworzona przez Morricone jest minimalistyczna, niepokojąca i budująca przy tym w niezwykły sposób napięcie. Pulsujący i powtarzający się dźwięk syntezatora w wolnym tempie w utworze „Humanity part 2.” znajdujący się na stronie B tej płyty do dziś uchodzi za ikoniczny. Ennio Morricone pracując nad partyturą do tego utworu opierał się na centrum tonalnym czyli nucie F co pod względem tempa przypominać może bicie ludzkiego serca o lekko podwyższonym tętnie. Jej trzeci akt wybrzmiewający organami to już erupcja niepokoju zakończona decrescendo.
Cała ścieżka dźwiękowa skomponowana przez włoskiego kompozytora jest genialna w swojej integralności pod kątem użytego instrumentarium i ogromnej konsekwentności. Mimo, że materiał muzyczny zdaje się być oszczędny i minimalistyczny to mnóstwo tu warstw oraz dynamiki co idealnie idzie w parze z akcją w zasypanej śniegiem stacji badawczej walczących o przetrwanie bohaterów filmu. Otwierające crescendo w pierwszym utworze Humanity part 1. jest tu dobrym na to przykładem, gdzie dźwięki syntezatora ewokują suspens. Jest w tym utworze pewne wyczekiwanie na coś co ma nadejść spod wielkiej bryły lodu. Utwór Bestiality to już rasowy Morricone przy akompaniamencie sekcji smyczkowej i instrumentów dętych wygrywające mocne, pełne wściekłości tempo. Tuż po nim przechodzimy do zdecydowanie spokojniejszego, smyczkowego Solitude. Eternity wkracza w sekcję organów w połączeniu z miarowym ostinato dźwięków syntezatora. W wielu aranżacjach słychać sporo elektronicznego modernizmu w połączeniu z orkiestrą. Contamination przypomina z kolei stylem Pendereckiego z utworem Polimorfia. Wielość instrumentów smyczkowych wygrywa tu na wskroś paranoidalne tempo.
Album The Thing dla wielu nie jest może łatwym materiałem w codziennym odsłuchu ze względu na swój chłód i napięcie budowane na zasadzie dysonansów. Nie jest to też typowy melodyjny Morricone znany chociażby z trylogii Sergio Leone. Muzyka jest tu silnie sprzężona z obrazem, jednak odnajduję ogromną przyjemność ze słuchania tych upiornych partytur. Jest to płyta, bez której nie wyobrażam sobie swojej kolekcji ani filmu Carpentera. Waxwork Records zadbało o każdy szczegół w tym wydaniu. Rewelacyjnie zaprojektowana graficznie okładka typu gatefold autorstwa Phantom City Creative wiernie oddaje ducha filmu. Projekt slipcase’u „breakaway ice” otwiera się jak pękająca tafla lodu. Wizualnie nawiązuje też trochę do ikonicznej sceny z użyciem defibrylatora na jednej z filmowych postaci. Ci, którzy oglądali film wiedzą doskonale o co chodzi. Wydanie zawiera świetną, minimalistyczną grafikę w postaci plakatu. Płyta jest wznowieniem wydanym w 2023 roku i porządnie zremasterowana co przekłada się na rewelacyjny dźwięk. Jedyne czego mi zabrakło w wydaniu z 2023 to wywiad z reżyserem w formie insertu pod tytułem Embrace the Darkness, który był załączony w pierwszym wydaniu Waxwork records w 2017 roku.
Trudno jest zrozumieć los, który spotkał film Johna Carpentera tuż po premierze w 1982 roku. Obraz tak słabo radził sobie w kinach, że dopiero po pewnym czasie na VHS-ach przykuł uwagę widzów tworząc wokół siebie prawdziwy fandom. Wybierający się do kin widzowie, woleli zdecydowanie przyjacielskiego kosmitę od Spielberga, z którym łatwo sympatyzować niż oślizgłą, zmiennokształtną obcą formę życia, która chciał zniszczyć całą ludzkość. E.T. Miał swoją premierę dwa tygodnie przed The Thing. To co z początku było nie do zaakceptowania przez widzów w kinach jak mocne efekty Roba Bottina czy dołujący ton filmu, z czasem zaczęło stanowić o sile i wyjątkowości tego obrazu.